Historia Oli i Stasia

Spotkałam ich na kursie dla przyszłych rodziców zastępczych.

Ja chciałam zostać rodziną zawodową, oni- niezawodową, zarzekając się przez trzy miesiące trwania szkolenia, że  nigdy, ale to przenigdy, za żadne skarby świata  nie zostaną rodziną zawodową. Bo mają koleżankę, która ten zawód uprawia, bo widzą, ile z tym zachodu, wiedzą,  jak trudne są rozstania z dziećmi. Rodzina niezawodowa? Owszem. Zawodowa? Nigdy.
Kiedy rok po ukończeniu kursu spotkaliśmy się na organizowanym przez Centrum Pieczy Zastępczej festynie z okazji Dnia Rodzicielstwa Zastępczego, Ola i Stasiu w gronie powiększonym o fantastyczną córeczkę nadal powtarzali ten sam refren: „rodzina zawodowa? Nigdy. Never ever”.
Ale może dlatego, że przeszli w międzyczasie przez wszystkie szczeble „kariery”, od rodziny pomocowej do niezawodowej zastępczej, przekonali się, że warto. Że są w stanie podołać.

I może dzięki temu, że już na kursie wyróżniali się niesamowitą pokorą i dystansem do siebie i świata musieli dać sobie czas na zastanowienie, rozważenie wszelkich za i przeciw?

Może  dzięki temu, że opiekowali się dziećmi jako rodzina pomocowa, zaczęła w nich kiełkować myśl, że w zasadzie można spróbować.

I spróbowali- a ich historia pokazuje, że- jak głosi stara prawda- nigdy nie mówi się „nigdy”.

Bo życie lubi zaskakiwać.