Historia Darii i Gosi

W styczniu tego roku Daria skończyła 18 lat i tym samym rozpoczęła proces usamodzielniania się. Kiedy się urodziła, ważyła 1800 g, a nadużywanie alkoholu przez jej biologiczną matkę odcisnęło na niej piętno w postaci alkoholowego zespołu płodowego, rozszczepu podniebienia, wady wzroku, słuchu i postawy oraz upośledzenia umysłowego. Przez pierwsze cztery lata walczyła o życie w domu rodzinnym, a przez cztery następne – o przetrwanie w jednym ze śląskich domów dziecka, słynnym na całą Polskę z powodu przemocy stosowanej wobec dzieci. Kilkanaście lat temu zaczęłam w nim pracować, ale po trzymiesięcznym okresie próbnym wiedziałam, że moja obecność tam nie zmieni mentalności sióstr zakonnych ani życia grupy dziewcząt, z którymi pracowałam. Postanowiłam więc odejść z pracy, ale za to pomóc choć jednemu dziecku, naiwnie myśląc, że zaproszenie raz w tygodniu na niedzielny obiad jest całkiem fajnym pomysłem.

Nasza znajomość z Darią nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Nie było w niej nic z kiczowatego serialu, w którym scenariusz najpewniej wyglądałby następująco: wchodzę do domu dziecka, Daria rzuca mi się na szyję, pyta, czy zostanę jej mamą, a ja, przełykając łzy, kiwam głową. Nic z tych rzeczy. Gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy, miała buzię brudną z buraków, takiego zeza, że nie wiem, gdzie patrzyła. I kompletnie, jako jedyna dziewczynka, nie zwracała na mnie uwagi. Imponowała mi niezależnością, ale z drugiej strony wybrałam ją, bo jako jedyna przebywała w ośrodku sama, bez rodzeństwa i nigdy nie odwiedzali jej rodzice. Z niedzielnych spotkań  zrobiły się weekendy, a potem zakiełkowała myśl, że może jednak robię dziecku krzywdę. Bo powroty do ośrodka były coraz trudniejsze – dla mnie również, ale przede wszystkim dla niej.

Gorączkowe poszukiwanie w internecie informacji na temat adopcji uświadomiło mi, że nie mam na nią szans. Nagle trafiłam na dwa nieznane mi do tej pory słowa: piecza zastępcza. Następnego dnia pojawiłam się w gliwickim ośrodku pomocy społecznej. Wyjaśniłam, o co chodzi. Wystraszona, pełna obaw, kompleksów z powodu wieku (między mną a Darią jest tylko osiemnaście lat różnicy), powiedziałam, o co chodzi. A panie powiedziały: „Pomożemy. Nie ma problemu”. 

Kiedy dzisiaj myślę o sobie sprzed dziesięciu lat, podziwiam decyzję pracowników OPS-u. Nie wiem, czym ich ujęłam, że mi zaufali, że dostrzegli we mnie potencjał i pomogli załatwić formalności. Że nie widzieli problemu w tym, iż Daria urodziła się w innym mieście, a przebywała w jeszcze innym. Że zrozumieli, że rodzina zastępcza w postaci niespełna dwudziestopięcioletniej nauczycielki języka polskiego dla tego dziecka będzie o niebo lepsza niż ośrodek.

Daria w wieku ośmiu lat rozpoczęła nowe życie. Życie, w którym, jak się okazuje, nie ma rzeczy niemożliwych. Ale o tym prawdziwym życiu wiedziała niewiele.

„Kto tu rozsypał koraliki?” – zapytała, gdy w misce dla psa dostrzegła suchą karmę. W nocy budziła mnie, pytając, czy może obrócić się na drugi bok. „Czemu woźny je z wami obiad?” – dziwiła się, gdy do niedzielnego posiłku usiadła z nami cała rodzina, w tym mój ojciec. Nie znała słów: „babcia”, dziadek”. Rodzinne relacje były dla niej abstrakcją. W sklepie z zabawkami mogła sobie wybrać, co chciała. Lalki, wózki dla lalek, klocki. Wybrała piłeczkę kauczukową za trzy złote. Dopiero potem zauważyłam, że po prostu nie wie, czym są zabawki, do czego służą, co z nimi można robić.

Ale w nowe życie stopniowo wchodziła i każdego dnia z niesamowitą siłą i determinacją poznawała jego smak, stawiając czoła swojej niepełnosprawności. Nauczyła się jeździć na rowerze, rolkach i łyżwach, pływać, biegać i grać w kosza. W podstawówce i gimnazjum przynosiła świadectwa z paskiem, kilkukrotnie była laureatką gliwickich Zwiastunów, czyli nagród dla dzieci wybitnie uzdolnionych artystycznie, od dziesięciu lat uczy się w szkole muzycznej gry na keyboardzie. Jest najwierniejszą fanką Harry`ego Pottera, Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz, a ostatnio, po raz kolejny, czyta Krzyżaków. Razem podróżujemy po Polsce i świecie. Razem biegamy i jeździmy na rowerach. 

Daria po swojemu rozliczała się z przeszłością, niszcząc maskotki, które wcześniej nazywała imionami opiekunów z domu dziecka. Kiedyś usłyszała fragment piosenki Kayah: „Oskarżam cię o to cierpienie, o łez strumienie” i oznajmiła: „A ja oskarżam moją matkę, bo by mnie tak biła, że by mnie pewnie zabiła. A najgorsze, że jak ją znam, to pewnie nawet kwiatka by na moim grobie nie postawiła”. 

Kiedyś podczas wakacji byliśmy w kościele. Ksiądz mówił o tym, że sierpień jest miesiącem trzeźwości, że nie powinno się nadużywać alkoholu. Po mszy Daria oznajmiła: „Mógłby mnie wszystkim pokazać, żeby ludzie wiedzieli, jak wygląda człowiek, którego matka piła w ciąży”.

Czasem się zastanawiam, jak by skończyła Daria, gdyby w ośrodku przebywała do pełnoletności. Gdyby nie opuściła miejsca, w którym zło się uzwyczajniło, a przemoc fizyczna i słowna były na porządku dziennym. Czasem sobie myślę, co byłoby ze mną, gdybym jej nie spotkała. Bo to dzięki niej niespełna dwa lata temu odważyłam się rzucić pracę w szkole i zostałam zawodowym rodzicem zastępczym, a swoje literackie pasje realizuję obecnie, prowadząc fanpage naszego stowarzyszenia na Facebooku.